24.8.15

O słuchaniu słuchającego

storytelling, baśnie dla dzieci, animacje dla dzieci, Opowiadanie dzieciom, praca opowiadacza, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,
Zdjęcie wykonane podczas Baśniowej Szkoły Rysunku w Szamotulskim Ośrodku Kultury. 


Na warsztacie: Storytelling w edukacji

Tekst ukazał się pierwotnie w majowym Wydaniu "Życia Szkoły". 


Opowiadanie historii jest przede wszystkim formą komunikacji. Komunikacja wymaga zaś aktywnego zaangażowania obu stron. Narrator nie tylko opowiada – musi też słuchać. A słuchacz mówi, nawet jeśli sam o tym nie wie. Od tego, czy narrator umiejętnie odczyta komunikaty wysyłane mu przez słuchacza, będzie zależeć jakość relacji, jaka między nimi powstanie. A wraz z nią – jakość opowieści i jakość tego, co opowieść ze sobą niesie.

Edukacja jest specyficznym typem snucia opowieści. Jej zadaniem jest nie tylko zainteresować osobę edukowaną, ale też ją ubogacić. Od zwykłego zaangażowania popchnąć ją w stronę zmiany. Z jednej strony jest to więc proces dość inwazyjny, z drugiej to ciągła wymiana. To rozmowa i, jak każda rozmowa, potrzebuje ona uważności obu stron. Zbudowania zaangażowania, efektu WOW!, a wreszcie zbudowania intymnej więzi pomiędzy uczestnikami aktu komunikacji. Wymaga otwarcia na partnera i niezwykłej delikatności, kiedy jako narratorzy wchodzimy w świat naszych odbiorców.

Niezależnie od tego, w jakich czasach żyjemy, opowiadanie historii zawsze działa tak samo. Historie uwodzą. Ich dynamika, plastyczność i kontekstowe zaangażowanie w świat odbiorcy sprawiają, że historie stają się jednym z najbardziej skutecznych narzędzi komunikacyjnych i edukacyjnych. Dotyczy to słowa pisanego, ale w jeszcze większym stopniu słowa żywego. Słowo mówione, objawiające się i powstające przed słuchaczem, ma o wiele większe możliwości napełnia się treścią - nie raz na zawsze, ale na chwilę. W zależności od miejsca, kontekstu, reakcji odbiorcy. Dzięki temu może ono uderzać w te miejsca, w które uderzyć trzeba (wzbudzić śmiech, dodać otuchy, przekazać informację). Wlewa się w konkretną i namacalną rzeczywistość słuchacza i dostraja się do jego nastrojów, lęków i potrzeb. Jaś i Małgosia może być bajeczką, którą opowiada się w przeciągu dwunastu minut, może być też rozmową o dziecięcej pamięci i próbą oswojenia strachu przed czarownicą i zagubieniem, która trwa dziewięćdziesiąt minut… bez dłużyzn. Jak to możliwe? Przez wsłuchiwanie się w kontekst. A jak słuchać kontekstu?

Po pierwsze: Dzieci nie są puste


Ich głowy zazwyczaj przepełnione są historiami sprzedawanymi im przez telewizję, historiami doczepianymi do serii zabawek, historiami, którymi żyją ich rówieśnicy, a przez to one same już nimi żyją. Niezależnie od tego, czy my, dorośli, uważamy np. Spongeboba za coś szkodliwego, czy nie, dzieci już są w niego zaangażowane. I on jest dla nich ważny! Zazwyczaj o wiele ważniejszy niż Czerwony Kapturek, zazwyczaj o wiele ważniejszy niż świadomość tego, że śmiecenie jest szkodliwe dla środowiska. W tej sytuacji nie wolno nam przekreślać tego, czym dzieci żyją. To nie jest słuchanie. To stawia narratora po drugiej stronie barykady. A przecież chcemy być po stronie dzieci, bo mamy im coś do przekazania.

Musimy wysłuchać dziecięcych historii, zanim zaczniemy im sprzedawać swoją. I warto słuchać nie tylko tego, czym żyją dzieci (Spongebob, Minionki, Ben 10 itd.) ale też, w jaki sposób tym żyją. Co jest dla nich ważne i w jaki sposób. Jeśli to uchwycimy, od początku będziemy sojusznikami dzieci. I będziemy mogli prowadzić je dalej za ręce. I jeszcze jedno – jeśli nie mamy zielonego pojęcia, o czym one mówią, po prostu pytajmy. One wiedzą, co jest dla nich ważne i nam o tym z przyjemnością opowiedzą. My zaś zyskujemy potrzebną do dalszej pracy wiedzę oraz zaangażowanie dzieci. Dzięki temu kotwiczymy się w świecie naszych słuchaczy. I to, co mamy do przekazania, możemy do ich już gotowego świata niepostrzeżenie dołożyć.

To dość istotne, kiedy przekazywana przez nas historia jest rozbudowana, albo materiał jest trudny. A działa to mniej więcej tak: Opowiadałem kiedyś Ederland, duńską baśń, która miejscami ciągnie się nieznośnie. Główna bohaterka w jednej z misji ma zdobyć dla księcia konia, który jest szybki, jak wiatr, a w dodatku do nóg ma przyczepione dzwoneczki… „Rainbow Dash!” Krzyknęła jedna z uczestniczek zajęć. Reszta dzieci przyjęła jej słowa ze sporym entuzjazmem. Nie miałem pojęcia, o czym mówi, ale wszystkie dzieci podłapały. Koń nagle zyskał twarz i imię,  i to w dodatku taką twarz i takie imię, które miały dla dzieci emocjonalne znaczenie. I świat dzieci stał się integralną częścią mojej opowieści. Czy też na odwrót.

Z drugiej strony może się zdarzyć tak, że ufając naszej wiedzy na temat dziecięcego świata, możemy popaść w anachronizmy i zupełnie rozminąć się z naszymi odbiorcami. Wracając do mojego przykładu. Innym razem opowiadałem inną baśń z latającym koniem i postanowiłem wykorzystać swoja wiedzę wyniesioną z zajęć o Ederland. Chcąc wkupić się w dziecięce łaski, zacząłem o tym koniu mówić per Rainbow Dash. A dzieci? Dzieci patrzyły na mnie, jak na kosmitę. W ich małym wszechświecie królowała Świnka Peppa i Dora, co to świat zwiedzała, a My Little Pony nie było w łaskach. Nauka z tego taka, że dzieci trzeba słuchać zawsze od początku. Co dnia tak, jakbym widział je po raz pierwszy.

Po drugie: dzieci nie piszą, dzieci mówią


Dzieci pochodzą z kultury oralnej. Słowa nie mają dla nich jeszcze przytwierdzonych raz na zawsze znaczeń, a niepotrzebne konteksty są po prostu usuwane z pamięci. To zaś, co potrzebne, zostaje zaabsorbowane. Walter Ong nazywa to zjawisko homeostazą. Wiąże się ono z faktem, że w kulturach nieobeznanych z pismem, nie było dla słów punktu odniesienia w postaci leksykonów. A kiedy brakowało punktu odniesienia, słowa były o wiele pojemniejsze znaczeniowo, do tego o wiele bardziej stapiały się z kontekstem, a tym samym z rzeczywistością. Słowa były żywsze, bo mniej skrępowane. Dzięki temu słowa miały moc przede wszystkim twórczą. A to twórcza moc pozwala lepiej rozumieć świat. Nazywać go w sposób zrozumiały przede wszystkim dla odbiorcy.

Bardzo ważne jest zdać sobie sprawę, że my, dorośli i edukowani piszemy i pismem myślimy. Przewędrowaliśmy przez system edukacji, który oparty jest na systematyzowanej w tekstach wiedzy. A zdobywanie tej wiedzy, jest w dużej mierze kuciem definicji. Definicje zaś często podważają potencjał słów. Powstaje podział na znaczenie i znaczenie metaforyczne. Jedno staje się prawdziwe, a drugie nie. I mamy tendencję do traktowania metafor jako czegoś gorszego. Jak bajeczek, które nijak nie mają się do rzeczywistości. Metafora zaś jest słowem, które odzyskuje swoje dziewictwo. 

Dzieci, a przynajmniej te dzieci, z którymi mnie przyszło pracować, nie czują tego rozróżnienia. Słowa żyją w nich, nie w leksykonach - dziewiczo. I znaczą wszystko, co mogą znaczyć. Chaos możliwy jest do uniknięcia nie dlatego, że dzieci wiedzą, co oznaczają słowa, ale wiedzą, co oznaczają słowa w danym przez nas kontekście. Są żywe w chwili wypowiadania… i  tylko wtedy. Na naukę definicji i tak przyjdzie czas.  

Korzystanie z tego zaplecza „potencjalnych znaczeń” słów daje nam o wiele większą swobodę, w przekazywaniu wiedzy. Zdarzyło mi się kiedyś opowiadać dzieciakom o tym, jak powstaje tsunami. Zacząłem od trzęsień ziemi. Jedno dziecko nagle powiedziało, że to jak mieszanie herbaty. Jak miesza się za szybko, to się wylewa. Potem do końca już wszystko było tylko o herbacie. Mieszaniem oceanów i zalewaniem ceraty na stole… po zajęciach dzieci wiedziały nie tylko, czym jest tsunami, ale też potrafiły rozróżnić długość fali od jej szerokości… wszystko przez herbatę. Bez żadnych definicji… na definicje i tak przyjdzie czas.

Po czwarte: dzieci zawsze są jakieś


Rozpoczęcie zajęć, to zawsze rozpoznawanie dzieci. Tych, które widzimy po raz pierwszy w życiu i tych, które widujemy na co dzień. Nie możemy zakładać, że je znamy, bo przecież mogło wydarzyć się coś, co sprawiło, że i tak będą zachowywać się w nieprzewidywalny sposób. Poranna awantura, nieprzespana noc, podekscytowanie zbliżającym się wyjazdem, śmierć ulubionego chomika… To tego typu wydarzenia budują nastrój grupy. Stawiają też przed narratorem pierwsze wymagania, które najprościej zdefiniować w następującym pytaniu: jakich strategii muszę użyć, żeby ruszyć dzieci z miejsca, w którym w tej chwili się znajdują, do mojej opowieści.

Pamiętaj, że twój zestaw środków i technik ma swoje ograniczenia. Powyższe pytanie pozwala zdefiniować, czy nastrój grupy pozwoli ci na efektywne wykorzystanie tego, co potrafisz. Jeśli tak, to świetnie, zaczynasz działać tam, gdzie jesteś. Jeśli natomiast okaże się, że na przykład, grupa jest zbyt senna i apatyczna, żeby udało się ją zaangażować w sposób, który jest Ci bliski, pytaj, jaka jest najkrótsza droga, by dzieci znalazły się na twoim terenie. Stan w jakim są dzieci, jako grupa nigdy nie jest zły albo dobry. Raczej może się nam przydać lub nie.

Warto więc rozpocząć zajęcia od zwykłej pogawędki. Bez jakiegokolwiek wchodzenia w ich merytoryczną treść, bez kierunkowania wypowiedzi. To chwila, w której my, prowadzący, mamy szansę oddać się do pełnej dyspozycji dzieciaków. To chwila, w której możemy na nowo dzieci poznać i zbudować to, co w uwodzeniu opowieścią ma fundamentalne znaczenie – zbudować intymną relację z dziećmi.

Po piąte: Intymna relacja


Kiedy mówię intymność, mam na myśli więź. Ważną więź. Jak pomiędzy braćmi, przyjaciółmi, między  rodzicem a dzieckiem, wreszcie, jak ważna jest więź pomiędzy kochankami. Więź, która jest tak niepowtarzalna, że gdyby wszedł ktoś trzeci, nie byłaby możliwa. Bo i owszem, możemy szokować, możemy co chwilę dawać dzieciom nowej pożywki, możemy udziwniać zajęcia z nastawieniem na wzrastające WOW!, tylko że to wszystko ma krótkie nogi. Zawsze może zdarzyć się coś ciekawszego (np. przejedzie za oknem karetka) i wtedy nasze WOW możemy sobie schować do kieszeni. Pomyślcie o tym tak – czy kiedy chcecie porozmawiać o czymś naprawdę dla was ważnym, potrzebny jest wam efekt WOW? Czy kiedy coś was dręczy, kiedy jest coś, na co jeszcze nie macie słów, czy chcecie, żeby osoba, z którą rozmawiacie traktowała to nieważko? I czy kiedy ktoś prosi was o ważną rozmowę, czy wy, jako słuchacze robicie sobie z tej drugiej osoby żarty? Czy traktujecie to, jak występ clowna? Nie! Raczej zabieracie tę drugą osobę w miejsce, gdzie spokojnie będziecie mogli porozmawiać. Z atencją i z poczuciem, że każde słowo jest ważne. Ważne rozmowy toczone są szeptem. I to jest właśnie intymność, o którą mi chodzi. To jest sytuacja zajęciowa. Miejsce, w którym to, co mamy do powiedzenia staje się ważne. Czy byłaby to bajka, czy nauka cyferek.

Na koniec: Chaos
Wsłuchiwanie się w świat dzieci i budowanie swoich zajęć na jego małym wycinku, za to z całą atencją i zaangażowaniem, oraz budowanie intymności jest o tyle ważne, że ilość bodźców i pokuszeń oferowanych przez świat wprawia mózg w ciągłe rozedrganie. Atrakcyjne przeganiane jest przez atrakcyjniejsze, a edukacja pozostaje w tyle za reklamą i rozrywką. Stajemy do wyścigu , jak kiedyś żółw stanął do wyścigu z zającem. I nie ma sensu się oszukiwać – zając będzie coraz szybszy. My możemy tylko wykorzystywać to, jak szybki on jest, brać to dla siebie i wolno, powolutku mówić naprawdę ważne rzeczy. I mówić je szeptem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz